pluskwa - humorystycznie o podsłuchach

Pluskwa kontra Kowalski – praktyczne informacje i porady dla każdego!

Potocznie przyjęta w społeczeństwie, nazwa urządzeń podsłuchowych, a w zasadzie nie tylko podsłuchowych, ale wszelkich urządzeń przeznaczonych do inwigilacji. Autor tej nazwy nie trawi, ale Vox populi, vox Dei – niech będzie PLUSKWA.

Krótka historia podsłuchów

Jeszcze z ćwierć wieku temu, pluskwą określało się miniaturowy nadajnik podsłuchowy lub miniaturowy mikrofon zainstalowany w podsłuchiwanych pomieszczeniach wysyłające swój przekaz, praktycznie bez żadnego ryzyka wykrycia, do agentów służb specjalnych siedzących w sąsiednich pomieszczeniach lub w przysłowiowej furgonetce „blaszaku”, gdzieś na pobliskim parkingu. Wykrycie tego było praktycznie niemożliwe dla zwykłego obywatela. Nie dysponował on, zbyt drogim na te czasy sprzętem, a i sprzętu za dużo nie było. Technologia wytwarzania pluskiew była praktycznie dostępna wyłącznie dla różnych służb rządowych, Kowalskiego nie było na nią stać. Po technologicznej rewolucji pluskwy zaczęły ewoluować w błyskawicznym tempie. Obecnie pluskwy potrafią np. oszukiwać sprzęt do ich wykrywania, siedzieć cicho, słuchając i nagrywając, a jest ich tyle rodzajów i na tak różnych poziomach zaawansowania, że każdy znajdzie coś dla siebie, nawet przeciętny zjadacz chleba, może sobie pozwolić na zakup jakiegoś niedrogiego robala. Pluskwy maści wszelkiej można sobie kupić, parafrazując klasyka, w każdym sklepie z pluskwami. Doszło nawet do tego, że inwigilacja ze strony służb nie jest już największym zmartwieniem zwykłego obywatela. Tak zwany przeciętny Kowalski, narażony jest na podsłuch ze strony rodziny, współpracowników, podwładnych, przełożonych, sąsiadów i różnych „bytów psychotycznych”, które uważają, że wykrywają spiski, ruskich szpiegów, islamskich terrorystów, UFO i w ogóle wrogów, tak realnych, jak i wyimaginowanych.

Polacy zakładają podsłuchy z rożnych przyczyn np.:

  • Osobistych, chcąc upewnić się o zdradzie partnera i jednocześnie zebrać jej dowody.
  • Kontrola dzieci, którym nie zawsze można ufać w wieku „buntu i dorastania”.
  • Chęć zapewnienia wspomnianym pociechom bezpieczeństwa.
  • Dzieci (dorosłe) kontrolują rodziców (często, gdy tym ostatnim rozwód chodzi po głowie).
  • Konflikty w gronie rodzinnym także są częstym powodem do wzajemnej inwigilacji. Zwłaszcza tam, gdzie chodzi o pieniądze. Tu dominują, ciągnące się latami sprawy spadkowe, lecz zwykłe „nielubienie” też stanowi przyczynę korzystania z podsłuchów.
  • Podsłuchują współpracownicy (ach ten wyścig szczurów i chęć zebrania haków, a potem „uprzejmie donoszę, że…” do szefów)
  • Podsłuchują pracownicy, chcąc znaleźć haki na przełożonych (ot, żeby naskarżyć do jeszcze wyższych szefów, albo dać newsa do mediów)
  • Podsłuchują pracodawcy, bo im się wydaje, że pracownicy ich …(tu wpisać np. okradają, oszukują itp.)
  • Podsłuchują sąsiedzi – jedni, bo nie lubią nikogo, drudzy z ciekawości, a trzeci, bo sąsiad głośno słucha „niesłusznego” radia lub telewizji. Jeszcze inni podsłuchują, bo tak są uwarunkowani genetycznie. 😉
    Z sąsiadami to jest problem. Taki to pluskiewki do mieszkanka Kowalskiemu nie podrzuci. Będzie słuchał przez ścianę. Nie musi nawet szklanki przykładać. Kupi sobie mikrofon kontaktowy, np. F999, wyda trochę, ale ile frajdy we włażeniu w prywatność innych. No i właśnie ten „podsłuch przez ścianę” jest problemem, bo nie da się go wykryć, a izolacja akustyczna całego mieszkania ze względu na sąsiada… chyba żart.
  • Podsłuchuje też konkurencja w biznesie, by wykraść cenne informacje. O tym już pisaliśmy między innymi w artykule:Tajemnica przedsiębiorstwa – jak ją chronić?.

Czy istnieje coś takiego jak autoinwigilacja?

Warto też wspomnieć o czymś, co można nazwać „autoinwigilacją”. Chodzi o wrzucanie wszystkiego, co się da do internetu. Portale społecznościowe, blogi, vlogi, sreamowanie itp. wiele mogą powiedzieć o autorach wstawianych wpisów. Materiały w postaci zdjęć, filmów, często wystarczą, a do tego jak wiele jest tam pisanych informacji. Skoro sam delikwent pochwali się, z kim, gdzie, kiedy i co robił, zażywał, … Delikwent uważa, że np. to niewinna fotka, a tło zdradza wiele informacji na temat przebiegu nocy. Spotkania integracyjne z pełna dokumentacja foto, audio, wideo plus „spowiedź” udzielona komuś widzianemu pierwszy raz w życiu. Ba, „spowiedź” udzielona „najlepszemu koledze z pracy”, która to spowiedź krąży potem po sieci, ku uciesze innych i zmartwieniu spowiadającego.

Pierwszy krok w poszukiwaniach podsłuchu – rachunek sumienia

Często, sam Kowalski nie zawsze jest niewinną ofiarą i ma coś na sumieniu. Coś, co może być przyczyną podejmowania prób inwigilacji przez innych członków społeczności. Dobrze by było, żeby Kowalski zdał sobie z tego sprawę i sporządził „rachunek sumienia”, zanim przystąpi do poważniejszych działań, już z pełną świadomością swej roli w byciu podsłuchiwanym. Gdy już rachunek sumienia zrobiony, Kowalski powinien zastanowić się co „wyciekło” lub „wycieka” i skąd. Z mieszkania, pracy, czy może z samochodu? A może ze wszystkich tych miejsc? Gdy już to ustali, powinien zacząć szukać. Pierwsze, co należałoby robić, to zajrzeć w różne, „szybko dostępne” dla podsłuchującego, miejsca. Ot, pod meblami, na meblach i za nimi. Często garderoba taka jak np. kurtki, może też być miejscem, gdzie zagnieździ się, znaczy „zostanie zagnieżdżona” pluskwa. Te elektroniczne stworki mają to do siebie, że same nie łażą. Muszą mieć kogoś, kto je dostarczy. Kto to może być, to już sobie każdy musi samodzielnie wytypować. Kogoś lub grupę osób, z jakiej może się wywodzić ów „podsłuchiwacz”. Kowalski przystępując do kontroli fizycznej swego mienia ruchomego i nieruchomego, będzie miał dużo czasu na przemyślenia. Kontrola fizyczna, takie sprawdzenie wszystkiego, co się ma w domu, biurze i aucie, często przynosi sukces poszukiwaczowi pluskiew. Jeżeli coś, ktoś przyniósł i zostawił, to się znajdzie, chociaż metoda ta jest czaso- i pracochłonna. Trzeba wziąć sobie urlop, nie wychodzić z domu, nikogo nie wpuszczać i sprawdzać, sprawdzać. Co bogatsi, ale nie lubiący być inwigilowanymi, mogą nawet wymienić wyposażenie mieszkania „po całości”, łącznie z kapitalnym remontem. Oczywiście, jeżeli to wścibski sąsiad będzie podsłuchiwał, to jest problem, o czym było wyżej.

W biurze z tym gorzej. Jeżeli jest się jego właścicielem, to metoda szukania fizycznego może pomóc… Tu jednak nie ma żadnej pewności, że jednego pluskwiaka, nie zastąpi za chwilę inny. Wszak poprzedniego ktoś podłożył. A co, jak „zakładacz” ma bezproblemowy dostęp do biura Kowalskiego? Podłoży i kolejnego. Pracownik, partner w biznesach, interesant… To nie to, co w domu, gdzie tylko zaproszeni goście i rodzina mają wstęp… No tak, właśnie. Goście, rodzina… Dlatego też, aby nie żyć w stanie permanentnego „remontu”, co wiąże się z poważnymi kosztami i stratą czasu, Kowalski poszuka w internecie „sklepu z wykrywaczami”. Może też zainteresować się ofertami firm świadczących usługi wykrywania podsłuchów. Mówimy tu jednak o przeciętnym Kowalskim, czyli takim z przeciętnymi możliwościami finansowymi i jak pokazuje praktyka, to właśnie finanse są główną przyczyną dokonywania wyborów. Sam spróbuje poszukać pluskiew w swym otoczeniu, posługując się, niedrogim wykrywaczem. Tak na próbę. Może się uda, a jak nie to może skorzysta z usług którejś z firm. Aczkolwiek niezbyt chętnie, bo to już wydatek sporej sumy, a i jest jakiś taki hamulec psychologiczny. O ile biuro, to niech sprawdzają, ale własne mieszkanie, taki azyl, to już niekoniecznie.

Co powinien wiedzieć Kowalski, zanim kupi wykrywacz podsłuchów?

Po pierwsze, niedrogie, nie zawsze równa się „badziewie”. Przy wprawnej obsłudze, prawidłowej interpretacji wskazań, przygotowaniu odpowiednich warunków do szukania itd. są one efektywne, chociaż niezbyt okazałe w swej konstrukcji. Na ogół, im prostsze urządzenie, tym wymaga większej wiedzy, taj teoretycznej, jak i praktycznej z zakresu działania pluskiewek, ich rodzajów i cech charakteryzujących ich pracę. To jest wymóg, który niespełniony, spowoduje, że nabyty wykrywacz będzie jedynie pudełeczkiem z migającymi LED-ami i brzęczącym głośniczkiem. Pudełeczko to, po włączeniu i niewprawnej obsłudze, może jedynie upewnić właściciela, że na bank jest tu pluskwa ba, są one wszędzie, tak się rozlazły i podsłuchują. Aby uniknąć stresu, Kowalski powinien przynajmniej poczytać instrukcję, a jeszcze lepiej zacząć od ćwiczeń, kupując sobie swą własną, oswojoną pluskiewkę testową (do niektórych wykrywaczy dołączane są w bonusie). Kupić i poćwiczyć. Nie powinien się też wstydzić i w razie problemów technicznych, zadzwonić do sklepu, gdzie wykrywacz nabył, z prośbą o wytłumaczenie, dlaczego wykrywacz tylko świeci i buczy, a pluskiew nie znajduje. Po drugie, Kowalski powinien mieć świadomość, że większość wykrywaczy, nie tylko tych „niedrogich”, nie potrafi znaleźć pluskiew nagrywających, zwanych rejestratorami. Większość wykrywaczy wskazuje tylko obecność pluskiew nadających w zakresie fal radiowych. Rejestrator nie nadaje, więc nie zostanie wskazany przez wykrywacz… Dopiero wydatek kilkudziesięciu tysięcy złotych daje nadzieję na znalezienie ukrytego pluskwiaczka nagrywającego, wartego ok. 100 zł. O tym Kowalski musi wiedzieć i pamiętać.

Ponieważ prawdopodobieństwo nabycia urządzenia Piranha ST-131Cayman ST-403, przez naszego przeciętnego obywatela, jest bliskie zeru, pozostaniemy w zakresie kwot będących w zasięgu zwykłego, szarego, obywatela. Weźmy np. wykrywacz RF-750. Kosztuje on 290 zł, jest urządzeniem o stosunkowo prostej obsłudze (jedno pokrętło z wyłącznikiem i wskaźnik LED) i jest często kupowany. RF-750 jest jednak urządzeniem szerokopasmowym. Pracuje w zakresie 20 MHz–9 GHz i nie rozróżnia poszczególnych częstotliwości. Jego wskaźnik pokazuje natężenie pola elektromagnetycznego, generowanego przez wszelkie urządzenia nadające we wspomnianym zakresie częstotliwości, nie ma możliwości przestrajania, więc wyłapuje wszystko. Od pluskiew, poprzez nadajniki pracujące w zakresach sieci GSM (np. nasze własne smartfony), routery WiFi, urządzenia z włączonym Bluetoothem, generatory znajdujące się w takich urządzeniach jak komputery, czy telewizory i radioodbiorniki, po „siejące zakłóceniami elektromagnetycznymi” elektroniczne startery świetlówek/żarówek energooszczędnych i zasilacze impulsowe, zwane powszechnie ładowarkami. Wykrywacz RF-750 jest jednak wykrywaczem, a nie radioodbiornikiem do słuchania muzyki. Wykrywacz ma wykryć miejsce, skąd pochodzi emisja radiowa, z bardzo małej odległości. Dzięki regulacji czułości można tego dokonać. Otóż ta gałka na górze, to nie regulacja wzmocnienia, jak np. w radiu, ale regulacja czułości wykrywacza. Pokrętło w prawym, skrajnym położeniu – czułość maksymalna, wskaźnik LED, przy takim ustawieniu, bardzo często może wprowadzić w błąd niewprawnego łowcę pluskiew. Będzie się świecił cały, co oczywiście można zinterpretować, że wszystko jest zapluskwione, a to będzie router WiFi u sąsiada lub stojąca tuż obok włączona lampka z „żarówką energooszczędną”. Czułość należy wstępnie ustawiać tak, żeby świeciła max. połowa wskaźnika.

Jak polować na pluskwy?

Cały proces łowów sprowadza się do obserwacji wskaźnika i regulacji czułości wykrywacza. W celu ułatwienia sobie zadania, przed włączeniem wykrywacza, należy wyłączyć posiadany w domu/biurze, sprzęt „nadający” sygnały o sporym natężeniu, taki jak:

  • router WiFi,
  • smartfon,
  • telefon bezprzewodowy,
  • urządzenia łączące się przez Bluetooth (np. klawiatury bezprzewodowe, myszy itp.),
  • świetlówki i żarówki energooszczędne,
  • urządzenia z silnikami elektrycznymi (np. silnik pralki nieźle sieje zakłóceniami).

Oczywiście nie jest to obligatoryjne, ale znacznie ułatwia łowy. Pluskwa GSM zachowuje się identycznie jak telefon korzystający z takiej sieci. Ustawiamy się następnie w miejscu polowania i włączamy wykrywacz. Pokrętło czułości ustawiamy w prawym położeniu (max. czułość) i obserwujemy wskaźnik, zmniejszamy czułość tak, aby świeciła się maksymalnie połowa segmentów wskaźnika i zaczynamy chodzić po pomieszczeniu. Zbliżamy wykrywacz do elementów wyposażenia, mebli i obserwujemy wskaźnik. Jeżeli pokazywany poziom sygnałów rośnie, oznacza to, że zbliżamy się do źródła, skąd ów sygnał pochodzi. Zmniejszamy czułość, obracając potencjometr w lewo i dalej szukamy źródła, przemieszczając się w kierunku skorelowanym ze wzrostem siły sygnału. Gdy będziemy bardzo blisko, kilka centymetrów od naszego „celu”, to nawet przy min. czułości wykrywacza, wskazywany będzie bardzo wysoki poziom sygnału. Jeżeli okaże się, że dobywa się on z nietypowych miejsc np. z mebla, półki z książkami, z obrazu, na ogół skądś gdzie nie powinno nic nadawać, musimy przejść do oględzin fizycznych. Obejrzeć sobie to coś, co nadaje, a nie powinno. Oczywiście może się okazać, że źródło sygnału znajduje się u sąsiada, ale to dopiero stwierdzimy, gdy dojdziemy do ściany. Czynności należy powtarzać na całym teranie łowów na pluskwy. Niestety, zajmuje to sporo czasu. Jak to się mówi Per aspera ad astra. Pluskwa GSM też może być namierzona. Najlepiej, gdy nadaje, czyli gdy nas ktoś podsłuchuje. Znajdziemy ja taką samą metodą jak ta opisana powyżej. Gdy pluskwa GSM jest w czuwaniu, to sprawa się komplikuje. Taki odpoczywający robal tylko, co pewien czas komunikuje się ze stacjami bazowymi, dając znać, że żyje i sprawdzając, czy ma łączność z systemem. Tu wymagana jest cierpliwość i jednocześnie szybki refleks. Czas transmisji „kontrolnych” jest bardzo krótki i możemy przeoczyć zabłyśnięcie wskaźnika. Podobnie sprawdza się samochód w celu wykrycia „GPS-a”. W zasadzie nie wykrywa się GPS, bo ta część to odbiornik systemu nawigacji satelitarnej, ale wykrywa się część GSM, która służy lokalizatorowi do transmisji danych o pozycji, do miejsc, gdzie są one obrazowane np. różnych platform internetowych (stron, portali, aplikacji itp.) Szukając lokalizatora, szukamy czegoś, co nadaje. Najłatwiej tego dokonać z pomocą drugiej osoby, która będzie obserwowała wskazania podczas jazdy. Większość lokalizatorów, zwanych coraz częściej przez społeczeństwo „pluskwami GPS” w czasie jazdy przesyła dane o pozycji, co kilkanaście, kilkadziesiąt sekund. Pojawianie się „rozbłysków” na wyświetlaczu naszego RF-a w sposób cykliczny i o stałej częstotliwości, może sugerować posiadanie „pluskwy GPS”. Należy jednak uważać z „wykopkami”, może to być też element instalacji pojazdu. Dzisiaj różne cuda montują w tych autach.

Ostatnie rady od eksperta

A co, gdy już się natrudzi nasz Kowalski i nic nie znajdzie? Rozkręci wszystkie przedłużacza sieciowe (o tak, tam lubią siedzieć pluskwy, zwłaszcza te GSM i rejestrujące o długim czasie nagrywania), zajrzy do sprzętu AV (tu lubią przesiadywać urządzenia rejestrujące i transmitujące treści „obraz i dźwięk”), wyjmie wszystkie książki z półek i przejrzy szafy w pobliżu, których wykrywacz solidnie świecił i nic? Czy to oznacza, że nie ma pluskiew? Nie do końca. Jak już wspomniano, mogą gdzieś siedzieć takie rejestrujące i czekające, aż ten, kto je podrzucił, wróci po nie w celu odsłuchania lub skopiowania już na spokojnie, u siebie w domu. Można, będąc przeświadczonym o byciu podsłuchiwanym, rozebrać wszystko, co jest w domu, ale zakładamy, że nasz przeciętny Kowalski, jest też cwanym Kowalskim i wydedukuje, że po co ma szukać, skoro, ktoś to zabierze (wszak nikt nie podrzuca robala, ot tak, dla samego podrzucenia i zapomnienia). Kowalski, ten cwany, założy pułapkę. W „sklepie z pluskwami” kupi sobie swoja własną pluskiewkę, będącą rejestratorem audio-video i zainstaluje ją sobie w mieszkaniu/biurze. No trzeba trochę więcej wydać, tak od 400 do 1300 zł, ale jaka frajda, gdy oglądając materiał nagrany przez nasza własną, oswojoną pluskwę, ujrzymy kogoś, kto coś podkłada. Nie dość, gdzie podkłada (lub zabiera podłożone wcześniej) to jeszcze będzie widać, kto to robi. To już jest pełen sukces. Można jeszcze dodać, że taka własna pluskwa (raczej już nie pluskwa, lecz prywatny monitoring) może, w zależności od wersji, zezwalać na podgląd na żywo tego, co się dzieje w miejscu, gdzie jest zamontowana. Wystarczy, że ma możliwość podłączenia się do naszego domowego WiFi. Jeżeli jeszcze mamy uprawnienia i potrafimy to zrobić, możemy sprawdzić, jakie urządzenia są podłączone do naszej sieci WiFi. Zły „zakładacz” pluskiew, gdy ma dostęp do loginów i haseł naszej sieci też może swoje urządzenia transmitujące dźwięk i obraz, do niej podłączyć.

Na zakończenie podsumujmy. Otóż przy pomocy zakupionego niedrogiego wykrywacza i ewentualnie „pułapki audio-video” można dosyć skutecznie pozbyć się robali z domu, biura i samochodu. Robali nie tylko technicznych, ale czasem i tych żywych, które znalazły się w naszym otoczeniu. Nie będzie to jednak „szybko i na już”. Na łowy trzeba poświęcić sporo czasu, nabyć wprawy w interpretacji wskazań i obsłudze sprzętu, poszerzyć nieco wiedzę o robactwie elektronicznym. Satysfakcja z sukcesu jest jednak murowana. Gdy jednak Kowalski nie ma czasu na naukę (często na własnych błędach), a świadomość przebywania w zapluskwionym otoczeniu, przytłacza go i wpędza w depresję, możemy podać rozwiązanie. Niech Kowalski zrezygnuje z oszczędzania i najmie ekipę od „dezynsekcji elektronicznej”. Poniesie zapewne większe koszty, ale sam nie będzie musiał robić nic. Przyjadą ludzie ze sprzętem, którego on sam nigdy by nie kupił, ludzie z fachową wiedzą i praktyką. Przetrzepią mieszkanie/biuro pod kątem zapluskwienia i jak coś tam siedzi, to znajdą. Kowalski tylko zapłaci umówioną kwotę i wszyscy będą zadowoleni. Ach, jeszcze taka uwaga. Gdy Kowalski już się zdecyduje na ekipę, niech nie dzwoni z terenu, który uważa za zapluskwiony. Niech wyjdzie na dwór, a najlepiej przyjedzie lub maila wyśle. Chociaż i to nie jest tak do końca pewne rozwiązanie. Wszak inne i równie wredne robactwo mógł jakiś „zły człowiek” założyć w jego smartfonie i laptopie. Niech się jednak Kowalski nie martwi ekipa i ten problem rozwiąże. Za niewielką dopłatą oczywiście. Niewielką znaczy tak 150 zł za sprawdzenie smartfona i coś koło pół tałzena za sprawdzenie laptopa 😉

Tagi: , , , .

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *